Wrażenia we Lwowie nakładają się na siebie, zmieniają i nie dają spokojnie
przyzwyczaić się do choćby jednej oficjalnej twarzy miasta. Pierwsze wrażenie to
atmosfera polskich lat osiemdziesiątych czyli gwarny, zaludniony o każdej porze dnia
i nocy Prospekt Swobody, najważniejszy lwowski deptak z pomnikami Tarasa
Szewczenki i Adama Mickiewicza (dawne Wały Hetmańskie), potem klimat
radzieckiej pocztówki z lat sześćdziesiątych z tym samym lekko spłowiałym słońcem
w dawnym ogrodzie jezuitów z ogromnym sowieckim pomnikiem Iwana Franki, by
wreszcie wzruszyć się na ulicy cudem ocalonej z polskiego przedwojnia. Nie unikam
nazywania miejsc: polskim, ponieważ tutejszy genius loci wydaje się sam nasuwać
myśl właśnie o polskości, a przynajmniej skojarzenia z innymi polskimi miastami.
Pomimo wspólnej z Krakowem c.k. historii, lwowskie ulice i budynki wydają się
bardzo przypominać te warszawskie, zwłaszcza Warszawy znanej z przedwojennych
fotografii.
Już pierwszej lwowskiej nocy zachłysnęłam się takim widokiem znajomej
ulicy w trakcie poszukiwania rekomendowanego hotelu. W środku nocy, po wielu
godzinach podróży, znalazłam się na ulicy niedaleko od mojego warszawskiego
domu!