Trudno we Lwowie zachowywać się politycznie poprawnie, czyli pamiętać o
lwowskim tyglu różnych narodowości, nie tylko o polskim charakterze tego miasta. O
tym z resztą nie pozwala zapomnieć pomnik pierwszego ruskiego drukarza Fiodorowa
koło cerkwi Uspienskiej lub okazały pomnik księcia Daniły na koniu, ojca założyciela
grodu Lwa, z książęcą mitrą dumnie wetkniętą w modnie ufryzowaną grzywkę.
Redefiniuję sobie pojęcie politycznej poprawności na własny użytek: nie artykułować
za głośno zachwytu nad polskością miasta, przyznać, że to miasto było domem dla
wielu narodowości, obok Polaków, Rusinów, mieszkały tu także społeczność
żydowska, ormiańska, by wymienić tylko te liczniejsze. Pamięć choćby tej ostatniej
pięknie przywołuje Katedra Ormiańska, w której, po długiej przerwie, od stycznia
2001 roku znowu są odprawiane nabożeństwa. Odnowiony zespół architektoniczny,
który tworzą sama katedra, byłe pomieszczenie klasztoru żeńskiego i pałac
arcybiskupów ormiańskich znajduje się niedaleko Rynku.
Niezwykły zabytek architektury ormiańskiej z secesyjnymi malowidłami ściennymi i
niezwykłą dekoracją z początku XX wieku. Niezwykła ilustracja biblijnego cytatu „A
Królestwu jego nie będzie końca” w młodopolskiej oprawie, twarze współczesnych
twórcy malowideł są tak wyraziste, tak przejmujące i tak inne od jakichkolwiek
innych dekoracji kościelnych dotąd widzianych, że to przejmujące wrażenie długo
jeszcze nie zbladnie. Twarz udręczonego Chrystusa długo jeszcze pozostaje w
pamięci tak jak i spojrzenia postaci ze ścian kościoła, przez chwilę skojarzenie z
estetyką współczesnego komiksu – gesty, spojrzenia, upozowanie postaci przez
malarza tchną w nie tyle życia! Gdy uważnie omijam płyty nagrobne znajdujące na
ziemi, dowiaduję się, że dusze osób tu pochowanych szybciej dostaną się do nieba,
jeżeli napisy ulegną kompletnemu zatarciu.